Ile głupoty wytrzyma energetyka?

W polityce przywykliśmy opisywać rzeczy niewygodne językiem interesów, cynizmu czy kalkulacji. Znacznie trudniej mówić o głupocie, ponieważ nie mieści się ona ani w kategoriach winy, ani złej woli. W praktyce nie oznacza bowiem braku inteligencji, lecz zerwanie związku między słowem a konsekwencją – przekonanie, że można coś zadeklarować, nie ponosząc odpowiedzialności za to, co z tej deklaracji realnie wynika.

Taki sposób działania bywa niezwykle skuteczny komunikacyjnie. Pozwala upraszczać złożoną rzeczywistość do kilku chwytliwych haseł i tworzyć wrażenie sprawczości tam, gdzie w istocie jej nie ma. Problem zaczyna się jednak wówczas, gdy ten styl komunikacji zaczyna oddziaływać nie tylko na debatę publiczną, lecz również na sposób projektowania i zarządzania systemami, które z natury rzeczy nie poddają się logice skrótu.

Energetyka należy do tych obszarów, w których szczególnie boleśnie ujawnia się rozdźwięk między deklaracją a rzeczywistością. Polityczne zapowiedzi dotyczące „odzyskiwania kontroli nad surowcami”, „energetycznej suwerenności w jednym ruchu” czy „taniego paliwa z dnia na dzień” nie są w istocie propozycjami polityki energetycznej. Są raczej demonstracjami intencji, często oderwanymi od podstawowych warunków ich realizacji: infrastruktury, kontraktów, regulacji oraz – co najważniejsze – czasu.

System energetyczny nie reaguje bowiem na siłę przekazu ani na temperaturę debaty. Reaguje na przepustowość sieci, dostępność mocy wytwórczych, pojemność magazynów, stabilność ram prawnych i możliwość realnej zmiany kierunków dostaw. Nie interesuje go, co dobrze brzmi w wystąpieniu publicznym. Interesuje go, czy bilans się domyka, a napięcie utrzymuje w dopuszczalnych granicach.

W tym sensie głupota w energetyce nie ma charakteru spektakularnego. Nie objawia się w jednym zdaniu ani w jednym błędzie. Zapisuje się stopniowo w decyzjach inwestycyjnych, w opóźnieniach, w źle ustawionych priorytetach i projektach realizowanych nie tam, gdzie są najbardziej potrzebne, lecz tam, gdzie łatwiej je sprzedać politycznie. Jej konsekwencje pojawiają się z opóźnieniem, często już poza cyklem wyborczym, w postaci przeciążeń systemu, braków mocy lub kosztów, których nie da się już przykryć żadną narracją.

Dlatego coraz mniej sensu ma dziś pytanie, czy decyzje energetyczne są racjonalne w sensie deklaratywnym. Znacznie ważniejsze staje się pytanie, czy system jest odporny na nieracjonalność. Czy pojedyncze błędy lub uproszczenia są w stanie uruchomić niekontrolowaną reakcję łańcuchową. Czy presja polityczna przekłada się bezpośrednio na ryzyko techniczne. Czy komunikacyjny chaos zamienia się w fizyczną awarię.

Dobrym punktem odniesienia pozostaje reakcja części państw europejskich na kryzys gazowy po 2022 roku. Odporność systemu nie wynikała wówczas z retoryki ani z deklarowanej jedności, lecz z decyzji podjętych znacznie wcześniej: budowy interkonektorów, terminali LNG, rozwoju magazynów i stworzenia możliwości realnej zmiany kierunków dostaw. System okazał się zdolny do absorpcji szoku nie dlatego, że ktoś trafnie go opisał, lecz dlatego, że wcześniej ktoś konsekwentnie go projektował.

W tym kontekście odporność energetyczna nie polega na tym, że decyzje są zawsze trafne. Polega na tym, że nietrafione decyzje nie prowadzą automatycznie do załamania całości. Że system potrafi je skorygować, ograniczyć ich skutki i funkcjonować mimo nich. Że błędy polityczne nie zamieniają się natychmiast w kryzysy techniczne.

Najpoważniejszym zagrożeniem staje się zatem nie sama głupota w polityce, lecz projektowanie energetyki tak, jakby tej głupoty miało nie być. Jakby świat był uporządkowany, decyzje spójne, a presja chwilowych interesów – marginalna.

Tymczasem świat wygląda inaczej. I właśnie dlatego energetyka musi być projektowana pod warunki realne – z całą ich nieprzewidywalnością, presją i skłonnością do uproszczeń.

Systemy, które przetrwają najbliższe dekady, nie będą tymi, które najlepiej reagują na racjonalne decyzje. Będą tymi, które potrafią funkcjonować mimo głupoty.